Podróże: Hiszpania - zatoka San Pedro (Promenada krasnali)

Autor: Janusz Gierucki, Gatunek: Poezja, Dodano: 13 września 2017, 23:58:44, Tagi:  hiszpania St.Pedro Las Negras krasnale Konstatnty Ildefons

                                                                                              Konstantemu Ildefonsowi za                                                                                                     zaproszenie na bal u Salomona.

 

 

 

 

Kiedy zeszliśmy z gór do brzegu zatoki

przywitali nas hiszpaniemcy –  

jointem i kawą

i wskazali jaskinie do zamieszkania

 ale my mieliśmy – namiot !

 

Mówiłem – nie rozstawiajcie namiotu na plaży!

Bo tu będzie szła  promenada krasnali.

Nie słuchali!

A już po chwili Pierwsza schodziła ze zbocza płonąca żyrafa.

Zdeptawszy namiot doszczętnie, przycupnęła obok skał bloków

tworząc z nich świetlistą opokę.

Lecz Chłopcy tylko przypalili od niej  jointy,

i  przezornie zastygli  sfinksowo na plażowych głazach.

 

Pierwsze w ten płonący portal weszły bawarskie krasnale.

Ta awangarda nie miała skrupułów wcale

emanując beztroskim  zadowoleniem !

Eins, zwei,drei – śpiewali  krocząc równym szeregiem 

brodate,  pulchne w skórzanych kratasach

z małym tyrolskim kapelutkiem z piórkiem na czubku głowy.

Na drei kufel  bezbłędnie trafiał do ich ust  

pomiędzy resztki kapusty i golony.

Piana z piwa trafiała także w sąsiadów – lecz nikt nie miał tego za złe…

 

Natomiast  polskie krasnale nieco się rozpychały!

Szły nieskładna gromadą gdzie co krok ktoś inny rytm nadawał

A  każdy i tak chodził jak chciał, co chwila myląc krok 

wręcz nie zważając na  rytm  innych krasnali.

Niektórzy nieśli  postaci  karłów wyciętych z Velazquez‘a z Prado.

Trochę krzyczeli (lecz bez przekonania)

..Za waszą i naszą !

lecz pozostali myśleli , że to tylko  toast..

Byli tacy co próbowali śpiewać  grając  na gitarach

(także wyciętych z kolekcji licznych galerii).

– a przecież na nich i tak nie da się zagrać muzyki !

Lecz  pomimo, iż nieskładnie muzykowali

Tym kwileniem udało im się  uwieść krasnalkę bawarkę! 

(A może  był to jednak wędrowny  francuski figlarek

który w tym towarzystwie zawieruszył się trwale?) 

 

Natomiast trzeba sobie to szczerze powiedzieć 

że w tym  atonalnym bełkocie

z gracją chwiały się im jedynie

z czap zwisające, misternie plecione kutasy.

Te zaś krasnale które  niosły  jak transparent

 zabrany z Toledo obraz  hrabiego Orgazy

mówili potem- że tak im się  tylko kojarzyło.. 

 

Ale na szczęście nic to już teraz nie znaczyło

bo  pośród  nich  tańczyły pierwsze rude żydowskie krasnale

( które właśnie sporą gromadą spłynęły z gór w tańcu).

Bo właśnie na ten taniec przyszła  ich pora

i  dominowała hora !

Ale i debeka  z dybukami nikomu nie wadziła.

Nagle  klezmerzy grać poczęli hagag

 i ustawiając tancerzy we frontalny  atak

wpłynęli  pomiędzy polskich i bawarskich krasnali

wciągając ich bez  uprzedzenia  w rytm tego muzycznego  młynu!

 

Chałaty i czapy, mycki i kapelusze   wszystko to już wirowało w składnym podrygu

aż cale to bractwo przemieściło się do  plaży brzegu

i zamarło na chwilę przed pulsującym morzem..

Bawarskie krasnale ustąpiły pejsatym (polskie trzymały się z boku)-

 i  uprzejmym gestem zaprosiły w fale..

Aj, aj , ale dwa razy nie robimy tego,  co już raz zrobił Mosze !

odrzekł pejsaty krasnal o wyglądzie cadyka

I rozkazał  – niech zagra muzyka!

 

-Ach,  jak  uderzyły rudych muzykantów smyczki w struny

-Ach , jak  zaczęło się muzyki kołowanie..

feeria tej muzyki porwała  wszystkich w ten dźwiękowy balet 

aż  ponownie  zatracili się w tych pląsach kołomyji

(ale polskie krasnale w  przerwy takt zdążyły wypić kusztyczek koszernej wódeczki)

nim dalej wirując  wznieśli  się ponad brzeg  zatoczki. 

 

Pierwsi  frunęli  w górę  skrzypkowie, dopiero później kontrabas

prosto w księżyc , prosto w niebo,  w stronę  światła Las Negras,

 a za nimi wszyscy zgromadzeni, chwytając  wzajemnie -

 bo było bez znaczenia kto kogo łapał za  ręce lub nogę..

( polskie krasnale w tym czasie podkradły bawarskim  piwo i golonę)

 A po chwili kręcąc się jak ogon chińskiego latawca

 wszystkie krasnale odfrunęły.

 

Dopiero teraz  zszedł  z gór  zdyszany słoń , mrucząc pod nosem :

Jak zwykle jestem okropnie spóźniony!

Trąbą podrapał się w głowę i  wymownie spojrzał na płonącą żyrafę…

(która nadal arenę spektaklu  wiernie oświetlała ).

Trzeba się spieszyć – powiedział -  żadna impreza bez nas!

Szybko zebrał trąbą  kilka żerdzi z  plaży 

zgrabnie przytroczył  je do nóg i nadstawił grzbietu płonącej żyrafie

 – oświetlisz mi drogę -  oznajmił !

I ruszyli  na tych smukłych szczudłach prosto w morze..

 

(Rozśmieszył mnie,  bo kręcił przy tym tak zabawnie ogonkiem)

 

 A chłopcy spali już beztrosko w tym czasie na głazach.

Lecz  ja wytrwale w tej nocnej przestrzeni

 prowadziłem pejzażową  konwersację

nad symbolem znaczeń , zdarzeń,

w towarzystwie sir  Edward‘a i Mr. Jack‘a 

Przekornie spierając się o swobodę

 niekoniecznie twórczej wypowiedzi.

(szczególnie, kiedy whisky zagryza się  grzybkami)

Że tak długo? Jak można  tak długo ?!

 

 A może tak po prostu – niepotrzebnie tam stałem?!

aż do świtu ,aż do końca miraży

i  śmiejąc  się,  sam do siebie  głupstwa  wygadywałem

o  kształtach co byt przyjęły nad (wyraz) realny?

 

I  czy naprawdę byłem tylko sam 

właśnie wtedy i tam.

 Na pustej San Pedro plaży?

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze (1)

  • Gałczyński miał przed wojną dużo czasu, by spisywać tak długie sny.
    Twój wiersz zyskałby, gdyby był napisany w formie prozy, purnonsensownej miniaturki surrealistycznej. Tak myślę, podobnie napisałam przy Twoim pierwszym wierszu, jak zaczęłam tu po latach komentować. Od wiersza wymagam skrótu, zwięzłości i esencji. Ale to tylko moje odczucia, teraz wszystko jest we wszystkim.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się